Wreszcie udało mi się jako tako odespać mój pierwszy wyjazd do Essen. Niestety wciąż jeszcze chrypię, tym bardziej, że już nazajutrz po powrocie do Polski musiałem się z powrotem przedzierżgnąć w nauczyciela. A nauczyciel mówić musi. Więc gardłu dam odpocząć dopiero w weekend. Albo i nie dam. Bo jeśli zgłoszą się moi znajomi, to pewnie nie oprę się pokusie zagrania w jedną z mnogich gier przywiezionych z Essen.
Ah, co to były za targi… Bardzo się cieszę, że się dałem namówić Marcinowi Podsiadło z Wolf Fanga do pomocy przy ich stoisku. I że udało się wydawnictwu wydobyć mnie w czasie roku szkolnego z pracy i zabrać do Essen. Zresztą - jeśli wszystko pójdzie dobrze, to i szkoła będzie miała z mojej wizyty na targach jakieś korzyści. Ale po kolei.
1.
Wyruszyliśmy do Essen we wtorek rano. Całą drogę z Polski mieliśmy okazję się jako tako poznać z Marcinem, którego znałem do tej pory tylko ze Skype’a i z Tomkiem Majkowskim, którego nie znałem dotąd wcale. Pod wieczór dotarliśmy wreszcie do hotelu w Gelsenkirchen i niemal od razu popędziliśmy do Essen, żeby zacząć rozkładać stoisko. Jak się okazało chłopcy z Kuźni Gier byli w Essen już od poniedziałku, więc byli w zasadzie gotowi. Szczęśliwie i Wolf Fang przyjechał z gotową wizją swojego miejsca na hali 4. Na ile pozwoliła nam późna pora napoczęliśmy stoisko, resztę pracy zostawiając na następny ranek.
2.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to niezbyt dobry pomysł. I to konkretnie dla mnie. Bo po wtorku przyszła środa, a na środę była zaplanowana konferencja prasowa i prezentacja gier wydawnictw zaproszonych do press roomu . Byłem święcie przekonany, że pójdę tam li tylko jako tłumacz, schowany za plecami wydawcy, czyli Marcina. Ale gdzie tam. Organizacyjnie musieliśmy rozwiązać to inaczej. Chcąc nie chcąc pozwoliłem się wysłać samotnie, z niezłą porcją pietra na ramieniu jak z jakąś dziko skrzeczącą papugą. Do tego niezbyt znając same gry. Prawda, niby tłumaczyłem instrukcje do dwóch z trzech wolf fangowskich tytułów, jakie niosłem do sali dla dziennikarzy, ale przecież to nie to samo, co konkretnie ograny tytuł.
Około 11 do press roomu zaczęli przeciskać się dziennikarze wielcy i mali. Z mojego miejsca mogłem obserwować kręcenie wywiadu z Uwe Rosenbergiem. Dwa stoły ode mnie stał Mac Gerdts ze swoimi Die Prinzen von Machu Picchu. Za mną Czesi rozłożyli się League of Six, Galaxy Trucker i Space Alert. Obok miałem bardzo sympatycznych Koreańczyków i miłą ekipę niemiecko-holenderską od gier kooperacyjnych jakiegoś Kanadyjczyka. W oczekiwaniu na falę dziennikarzy porozmawiałem sobie z tymi i owymi. Dowiedziałem się, że Mac Gerdts zwiedził rowerem niemal pół Polski, łącznie z moją rodzinną Zieloną Górą. Jaki ten świat mały…
Jeszcze przed dziennikarzami zdążył dotrzeć do stołu Wolf Fanga Reiner Knizia. Udało mi się być grzecznym, nie zaskakiwać go tym, że go rozpoznałem tak od razu i nawet pozwoliłem mu się normalnie przedstawić, ale wtedy to on mnie całkowicie zaskoczył. Okazało się, że Reiner Knizia chciał zapytać o możliwość wydania u Wolf Fanga swojej gry. Umówiłem go z Marcinem na następny dzień. I z tego co wiem po tej rozmowie, wszelkie "czy w ogóle" i "jeśli tak, to co i kiedy" i inne szczegóły miały być ustalone już po targach. Jest mi bardzo miło, że tacy uznani autorzy zaczynają dostrzegać nasze wydawnictwa. Tym bardziej, że jak się okazało w dużej mierze dzięki Spiellustowi, który oferował przed targami niemieckojęzyczne artykuły o polskich grach, linkowane na Spielboxie.
Z Knutem (KMW) ze Spielboxa też zresztą miałem przyjemność chwilkę pogawędzić. Zaproponował mi dostęp do panelu portalu. Spiellust będzie mógł od tej pory samodzielnie linkować do swoich artykułów na stronie głównej spielbox.de.
W międzyczasie mijał nas Tom Werneck z jury Spiel des Jahres. Strasznie zabiegany ale i sympatyczny człowiek. Zdążył zamienić ze mną zaledwie kilka miłych zdań i wręczyć mi swoją wizytówkę. Za to Ono Takuya, człowiek od Japan Boardgame Prize, czasu miał dużo więcej i do tego bardzo dobrze mówi po niemiecku. Rozmawialiśmy chyba z dobre pół godziny, i to nie tylko o mangowym Saigo no Kane, które go bardzo zainteresowało.
Ostatecznie okazało się, że wysłanie się do press roomu było ciekawym doświadczeniem. Dziennikarze byli bardzo mili i zainteresowani, na szczęście jednak niezbyt nachalni w swoich pytaniach, zatem nie musiałem się wstydzić swojej jeszcze względnej nieznajomości tzw. produktu…
Wreszcie na moim zegarku było grubo po pierwszej. Gry miały zostać w sali do niedzieli – dla prasy i handlarzy, którzy chcieliby sobie obejrzeć w spokoju produkty, ja sam mogłem sobie pójść.
Chłopaki skończyli już szykować stoisko. Pojawił się też trzewik z Portal Publishing i Michałem Oraczem, który mnie zaskoczył całkowicie już tym, że się na targach pojawił, bo zawsze mi go przedstawiano jako niesamowitego odludka, który unika imprez wszelakich. A tu się okazało, że jest bardzo rozmowny, towarzyski i w ogóle. Gdybym nie musiał przepędzać całego niemal dnia na stoisku półtorej alejki dalej, pewnie byśmy pogadali i więcej i dłużej.
O rany, znów ci dziennikarze. Napływają zwabieni opisem Kazaama w specjalnym wydaniu Spielboxa i przedessenowymi wzmiankami o innych grach w internecie, żądni egzemplarzy recenzenckich. Unoszą pudełka ze stoisk zarówno Wolf Fanga, jak i - na ile miałem czas przyuważyć - od Kuźni Gier.
Postawa Marcina wobec recenzentów od początku mojego kontaktu z Wolf Fangiem mi imponowała. Nie boi się ryzyka. Chętnie rozdaje, wysyła, także za granicę. Z takim samym spokojem przyjmuje pochwały jak i krytykę. I lubi się uczyć. Recenzowanie gier takich wydawnictw to sama przyjemność. Człowiek wie, że dokłada cegiełkę do następnego produktu. Że ten następny tytuł prawdopodobnie będzie lepszy, bo ktoś będzie unikał tych samych błędów. Dygresja… Nic to, dzisiaj nic nie wycinam. Pozostało jeszcze coś ze środy?
A tak. Reszta środy minęła mi na oglądaniu hal i… zakupach. Okazało się, że niektóre stoiska z grami w bardzo, bardzo korzystnych cenach już sprzedają i wytargałem do hotelu wielką torbę gier które zawsze chciałem mieć, ale zwykle kosztowały o wiele za dużo. Dobrze, że się załapałem na nie we wtorek, bo jak się potem okazało, niektórzy sprytni właściciele sklepów skupywali masowo te wyprzedawane gry i sprzedawali je potem u siebie po wyższych cenach.
Z Brittą i Tomkiem zagraliśmy sobie w Saigo no Kane. Daliśmy Tomkowi wyjaśnić zasady, bo się okazało, że żadne z nas nie pamięta tekstu, który maglowaliśmy przed dwa tygodnie w tę i we wtę. Za to mieliśmy poczucie świeżości. Gra mnie pozytywnie zaskoczyła. Bałem się, że to będzie jakaś przekombinowana komercja – bo manga, bo tematyka szkolna, itd, i coś tam było jednak skomplikowane w tej instrukcji. Ale się okazało, że gra całkiem dobrze płynie i już od drugiej rozgrywki w zasadzie każdy powinien rozumieć zależności pomiędzy elementami mechaniki. Chciałem jeszcze sprawdzić Yucatan – w końcu miałem także tą grę wyjaśniać na stoisku – niestety wieczór był już późny.
3.
Noce w trakcie targów w Essen są krótkie. W legendy o postępującym w zastraszającym tempie poczuciu zmęczenia nie bardzo wierzyłem, bo znam siebie i moje pokłady zapału, a jednak miałem okazję przekonać się na własnej skórze i kościach.
Czwartek był jeszcze jako taki. Zaczęło się o 10.00 i czas do 19.00 minął szybko. Ludzie przychodzili, pytali, słuchali, niektórzy grali. Jednym się podobało, inni stwierdzali, że to nie gry dla nich. Ten kupił, tamten wolał zostawić na coś innego. Niektórzy krążyli między stoiskami Wolf Fanga i Kuźni Gier. Bo oba niemal tak naprzeciwko siebie. Gdzie tylko był jakiś stolik wolny, tam ktoś zaraz siadał i prosił o wyjaśnienie zasad.
Jak to dobrze, że na stoisku było nas tyle. Dzięki temu mogliśmy się jakoś zaaranżować i zatroszczyć też o nasze prywatne i blogowe sprawy. Britta co jakiś czas miała terminy, a to spotkanie u Zocha, a to spotkanie z Michaelem Rieneckiem, którego przyprowadziła do nas na stoisko, dzięki czemu miałem okazję go poznać. Innym razem wyłoniła się zza rogu z Sebastienem Pauchonem, autorem Jamaiki.
Pozdrowienia od Sebastiena Pauchona dla czytelników Spiellust.netKonkretną godzinę ustaliłem tylko z Martinem Schlegelem, autorem Aqua Romany, któremu zawdzięczam dobre kontakty i współpracę z Argentum Verlag. Z Martinem mówimy sobie po imieniu, bo zabronił mi mówić sobie per „pan” – naprawdę dusza człowiek. Na targi przywiózł mi egzemplarz swojej Hekli. Gra jest prawdziwym rarytasem, niedostępnym już w handlu. Niedługo pojawi się na naszym blogu jej recenzja. Martin pokazał mi też jeden ze swoich prototypów. Ponieważ szuka wydawcy dla tej gry (coś typowo w jego stylu – prosta, oparta na abstrakcyjnym mechanizmie i geometrii gra o kupcach na przedmieściach Mexico City) zaoferowałem mu pomoc w tłumaczeniu instrukcji i kontaktach z polskimi wydawcami. Najbardziej się skłaniał ku Wolf Fangowi, ale takie rzeczy to w rękach i w gestii chłopaków, ja tam w wydawnictwie nie pracuję.
4.
Pisałem już, że czwartek był jeszcze jako taki? Ah, tak. Piątek też jakoś minął. Miałem nawet czelność podśmiewywać się ze zmęczenia chłopaków. Co się działo ciekawego? W piątek na niecałą godzinkę udało nam się usiąść razem z Marcinem i Günterem Cornettem z Bambusspiele, któremu pomagam nawiązać kontakt i współpracę z Wolf Fangiem i Kuźnią Gier. Günter pokazał nam grę opartą na mechanizmie dokładania kafelków. Nieco przypomina opisywany u nas Down Under, ale jednak coś ją wyraźnie od Down Under odróżnia. Marcin w japoński sposób (czyli nie używając słowa "nie") dał do zrozumienia, że to pomysł nie do jego programu, i konstruktywnie zaproponował kontakt do Granny. Z tego co wiem państwo Falkowscy już z Günterem na targach rozmawiali. Co z tego i czy w ogóle coś wyniknie? Sam jestem bardzo ciekawy. Günter w każdym razie nie jest Grannie kimś zupełnie nieznanym. To w końcu współautor Hey! To moja ryba.
Ja bardzo chętnie widziałbym naszą rodzimą wersję, albo nawet wydane u nas na rynek europejski wznowienie świetnej gry karcianej Güntera - Flaschenteufel. Gra ma niebanalne zasady, które świetnie ilustrują tematykę i do tego jest bardzo grywalna. Z Günterem rozegraliśmy co prawda tylko jedną partyjkę, z braku czasu, ale już ten krótki kontakt z grą pozwolił ocenić jej potencjał. Nad nowym wydaniem Flaschenteufla podobno zastanawiają się właśnie Asmodée i bodajże Nürnberger Spielkarten. Ale kto wie, może to właśnie wydawnictwo (względnie wydawnictwa) z Polski przejmą ten tytuł.
5.
Sobota była dość ciężka. Zaczęła się od przepakowywania do naszego transportera nowej partii gier dowiezionych świeżo z Polski. Na szczęście przerzucaniem ładunku zajął się kierowca i drukarz Marcina. Mogłem więc spokojnie zjeść śniadanie. Niestety zmęczenie już gdzieś tam w środku było. Kilka razy w ciągu dnia musiałem się powstrzymywać, żeby nie warknąć na tego lub owego gościa stoiska. Ludzie lali się falami, głównie w kierunku stoisk z wyprzedażami. Tamtych blokowali w przejściu ci, którzy zmierzali do nas lub do Kuźni Gier. Tłok był całkiem spory, tym bardziej że Wolf Fang potrafił zadbać o reklamę i napływ mas ludzkich na stoisko. Wraz z kilkoma innymi wydawnictwami chłopaki urządzili konkurs, który wymagał odwiedzenia boxu każdego organizatora i sprawdzenia koloru obrusów (A na obrusie wiadomo co leży – gry, które przecież też przyciągają oczy). Poza tym włączyli się do konkursu organizowanego przez stronę H@ll 9000. Tu trzeba było zidentyfikować fragmenty grafik z pudełek różnych gier.
Miłym akcentem dnia było pojawienie się Ala. Teraz już znam całą ekipę Spiellusta osobiście. Al przyprowadził Braza, który jako jeden z pierwszych recenzował polskie gry po niemiecku i pomagał Alowi, a także odrobinkę nam przy instrukcjach. Al już w zeszłym roku wspierał językowo Portal, w tym roku pojawiał się również na stoisku Kuźni Gier.
Po południu opuściła nas Britta. Uwiozła z Essen recenzenckie egzemplarze Witchcrafta i Babel 13. Niedługo zatem u nas o grach Portala po niemiecku.
Ja dalej starałem się wykorzystać czas maksymalnie. Przechodząc w ciągu dnia przez hale mignęło mi gdzieś stoisko Argentum Verlag. Chciałem podziękować osobiście za zaufanie i nadesłany egzemplarz Top oder Flop. Byłem zaskoczony miłym przyjęciem przez szefa wydawnictwa. Odszedłem ze stoiska z kopią Wind River do recenzji. Przy okazji okazało się, że Argentum chętnie widziałoby swoje gry w polskich sklepach. Obiecałem pomoc w kontaktach z naszymi dystrybutorami. Długo nie trzeba było szukać, bo i z naszej polskiej strony, ktoś już o Argentum myślał. Rebel powinien mieć niedługo tą grę w swojej ofercie.
Sobotni wieczór wreszcie udało się zagospodarować na konkretne granie. Co prawda nie udało mi się pograć z chłopakami z Games Fanatic, bo przyjechali jakoś w liczbie niepodzielnej, ale był na szczęście Pjaj z poznańskiej Gramajdy i Rafał z ekipy Rebela. Odkryciem wieczoru było Big Points, potem chłopaki kazali sobie wyjaśnić Saigo no Kane (po tym właśnie straciłem głos). Niemową już niemalże będąc zagraliśmy z Pjajem na koniec partyjkę w Carcassonne Mayflower. Albo ta gra jest taka nudna i niemal-nic-nowego-nie-wnosząca, albo godzina była już zbyt późna.
6.
I do tego ta zmiana czasu. Cała nasza trójka zaspała. Chłopaki obudzili mnie dzwoniąc do mojego pokoju na hotelowy telefon. Przeraziłem się nie z tej ziemi, gdy dźwięk dzwonka wyrwał mnie z błogiego snu. Po szybkim śniadaniu pojechaliśmy na ostatni dzień targów. Gry już jakby same schodziły. Widać wielu ludzi najpierw ogrywało różne tytuły, a w niedzielę podejmowali decyzję. O ile dotąd najwięcej kupowano Kazaamów oraz - szczególnie w sobotę - Yucatanów, w niedzielę ruszyła moda na Saigo i Taina. Na fali obniżek gier we wszystkich halach także Wolf Fang przekreślił dotychczasowe cenniki i zaproponował niedzielnym gościom kilka Euro upustu na każdej grze. Przy okazji miałem możliwość zauważyć jak relacja ceny jednego tytułu na tle innych tytułów ma się do sprzedaży. Ogólnie oba nasze debiutujące na targach wydawnictwa miały ceny ustalone na nieco zbyt wysokim pułapie. Jeśli w ogóle jest sens porównywać: Saigo no Kane kosztowało 45 Euro - mniej więcej tyle samo co Giants. Marcin sam stwierdził na koniec, że w następnym roku trzeba podejść do sprawy cen inaczej i starać się wyjść na niższą i atrakcyjniejszą dla lecących na hype-nowości klientów cenę końcową. Nie wiem tylko jak się będą miały wtedy ceny gier do kosztów ich produkcji. Saigo na przykład ma tyle elementów w środku, że pudełko musiało być foliowane niedomknięte. Dopiero po wypchnięciu żetonów z wyprasek da się normalnie zamknąć grę.
Ostatnie godziny niedzieli zagospodarowałem sobie na wydawanie resztek kieszonkowego. W międzyczasie wręczono mi do recenzji hiszpańską 2 de Mayo z Gen X Games, a od naszego sąsiada z Parland Spiele otrzymałem egzemplarz pięknie wydanej gry pod tytułem Viamala. Bardzo mnie to ucieszyło, bo gra przyciągała mój wzrok już od początku targów. Ta gra to jeden z tych niezauważonych na tegorocznym Spiel ’08 klejnotów. Pewnie, że z tych lżejszych tytułów, bardziej rodzinnych, ale w rankingu Fairplay uzyskała aż 22 miejsce. Podpowiem polskim dystrybutorom, że Ulrich Paulus, współwłaściciel Parland Spiele, szuka możliwości dystrybucji gry w Polsce.
Po przewiezieniu z Tomkiem dwóch palet pełnych gier trzy hale dalej i załatwieniu formalności papierkowych ogarnęliśmy stoisko. Sprzątanie zostawiliśmy na poniedziałek. Tym bardziej, że Marcin umówił się jeszcze na rozmowy z amerykańskim dystrybutorem. Kuźnia Gier i Portal zwinęły swoje boxy już w niedziele.
7.
Niemal pusta już w poniedziałek hala po tych kilku dniach niesamowitego tłoku wyglądała naprawdę dziwnie. Marcin szybciutko dogadał szczegóły dystrybucji gier z Amerykanami, po czym zapakowaliśmy wyposażenie stoiska do samochodu i wyruszyliśmy z powrotem do kraju.
Mam nadzieję, że wszyscy nasi wydawcy wracali z Essen w takich dobrych humorach, jakie widziałem u Marcina i Tomka. Nie miałem czasu podpytać we wszystkich trzech wydawnictwach o wrażenia i plany na przyszłość. Na pewno jednak wszystkie trzy firmy zamierzają pojawić się na targach także za rok. I pewnie kilka rzeczy dałoby się zrobić lepiej.
Co chciałbym z perspektywy czysto medialnej już teraz podpowiedzieć polskim wydawnictwom: Wykorzystajcie jeszcze lepiej niż w tym roku możliwości, jakie oferuje wam internet.
Wszystkim 3 wydawnictwom wybierającym się do Essen proponowałem pomoc w zaistnieniu w niemieckojęzycznych serwisach. Jedni skorzystali więcej inni mniej. Na ile miałem dostęp do materiałów, na tyle przekazywałem informacje o produkcjach polskich wydawnictw do przedessenowych przeglądów. Kontakty z recenzentami zagranicy Spiellust też ma. Może warto i tu zainwestować. Tylko nie budźcie się na ostatnią chwilę. Tak to nie działa. Zresztą to już sami na pewno rozumiecie, że na sukces w Essen w następnym roku trzeba zacząć pracować już dziś.
Tym bardziej, że ludzie za granicą polskimi grami się interesują coraz bardziej. To już nie tylko Neuroshima Hex. Paleta tytułów się powiększyła. Z jednej strony dobrze. Z drugiej oznacza to większą konkurencję także między waszymi ofertami. No chyba, że jakimś cudownym – choć chyba raczej zupełnie nie-polskim sposobem – potraficie budować wasz sukces za granicą na lojalnej i efektywnej współpracy. Życzę wam i tego, chociaż tu aż takim optymistą już niestety nie jestem.



Menu strony
Seitenmenü



























