Koniec wakacji nie jest dla mnie zbyt łaskawy. Czasowo. Myślę sobie, konwent z zapowiadanym największym w historii games roomem w moim rodzinnym mieście, ledwie 40 minut autobusem od tej prowincji, gdzie teraz przemieszkuję... Super, wreszcie zaliczę jakiś konwent, bo jakoś się do tej pory nie zdarzyło i pogram sobie z tym tłumem, który się tam pewnie pojawi.Wychodzi inaczej. Z 4 dni konwentu udaje mi się uszczknąć ledwie jedno, piątkowe popołudnie. I to jeszcze dużo mniej z tego popołudnia niż miałem nadzieję. Rady pedagogiczne w szkole, gdzie uczę, to prawdziwe epopeje. I tak ląduję przed polconową recepcją około 14.00 i już wiem, że to trochę za mało, jak na to co sobie zamierzyłem.
Szybka wymiana szeleszczących środków płatniczych na identyfikator. Jedno okrążenie po holu budynku głównego. Namierzone stoisko Lizardy. Gry leżą na ławie przykrytej zielonym suknem. Reedycje i nowe tytuły. Krzysiek Matusik - autor i wydawca, siedzi za ławą w towarzystwie dwóch współpracowników z wydawnictwa. Wszystko młoda ekipa. Siadam na krzesełku przymontowanym do podłogi holu i robię sztuczny tłum. Gadamy. Oglądam reedycje. Dopytuję o szczegóły, które zostały zmienione względem poprzednich wersji. Idę od prawej do lewej. Zanim docieram do pudełek z Władcą żywiołów i Przeklętą kopalnią, pada propozycja wspólnego zagrania w Gildię. Nie grałem jakoś dotąd, więc się zgadzam. Nowe gry obejrzeć mogę przecież i później.
Partia w reedycjowaną Gildię zabiera nam jakieś niemal 1,5 godziny. Z tłumaczeniem zasad, przerywnikami na zachodzących w pobliże i przerwą na zamówienie i spałaszowanie pizzy. Nie kończymy gry, bo ekipa leci na jakiś karciankowy konkurs. Konkursów na Polconie co niemiara, a i ja nie planowałem się tak zasiedzieć. Zatem rozchodzimy się. Unoszę podarowaną do recenzji Gildię. Najnowszych gier nie udaje mi się już obejrzeć. Ale obiecuję jeszcze zajrzeć na stoisko.
Teraz chcę znaleźć Puszona z Kuźni Gier. Podobno gdzieś się kręci, albo pije piwo. Pewnie to drugie. Krzysiek niestety nie ma jego telefonu. Zostawiam Puszonowi kartkę z moim numerem i krótką notkę na stoisku Q-Workshop. Lecę do games roomu.
Po drodze mylę akademiki. Facet w portierni patrzy na mnie jak na oszołoma. Cały pomimo - mruczę pod nosem i lecę szukać domu studenckiego "Piast" w kierunku, w którym zamachał paluchem portier. Jest. Piasta kojarzę z opowieści moich kolegów ze studiów, ale nigdy tu nie byłem. Myślałem, że takie zaniedbane akademiki już tylko na naszym kampusie humanistycznym pozostały, jako relikty przeszłości. W holu tej półrudery ustawione na stołach pod ścianą stosy gier. Oceniam szybkim rzutem oka ogrom gamesroomowej kolekcji. Nie mam porównania z innymi konwentami, tylko z moją prywatną kolekcją. Ilość gier nie robi na mnie wrażenia. Niektóre tytuły owszem. Za stołami tworzącymi ladę kilka osób wydających pudełka.
Zaglądam po kolei do każdej sali. To wyczyszczone z gratów pokoje studenckie. Małe i nieco obskurne, ale w sumie kogo to obchodzi. Zaglądam na stoły, w co się gra. Pirates Cove's. Neuroshima. Incognito karciane. Gdzie indziej jacyś zawieruszeni karciankowcy kolekcjonerscy. Nie wyganiamy - mówi zdziwiony "pomarańczowa koszulka" w białej koszulce z nadrukiem "Jestem graczem, gry tłumaczę".
Wszystkie gry na stołach na etapie dosyć zaawansowanym. Nie ma co się przysiadać. Wracam do holu z grami. Trzeba tam się z kimś zgadać na granie. Już prawie wtapiam w partyjkę Metro z jakimś tatem i jego synem. Szukają trzeciego, bo ani oni, ani kolega zza lady nie wiedzą, że w Metro gra się od 2 graczy. Zdarza się, dużo gier, nie sposób wszystko wiedzieć i spamiętać. Na szczęście ja wiem i dzięki temu uwalniam się od grania w tytuł, którego można by oszczędzić światu, skoro jest już Aqua Romana. Potem pojawia się ktoś inny chętny do grania. Bierzemy Neuroshimę Hex. Z dwojga złego to Neuroshima lepsza. Ktoś inny ma na imię Cezary, jest ze Szczecina i ogrywa mnie w krzywe żetoniki o jeden punkt, mimo że pomimo przez większą część łoi mu armię. Z Cezarym dobrze się nam gra. Może na to, że nie przepadam za Hexem ma wpływ nastawienie mojego wpółgracza w domu?
Lecimy poszukać coś nowego. W Hej, to moja ryba! nikt z nas jeszcze nie grał. Mówię Cezaremu, że to gra mojego znajomego z Niemiec i obaj postanawiamy spróbować. Tato i syn od Metro nie chcą dołączyć. Według nich słaba. Siadamy we dwóch do instrukcji i rozkładamy żetony w planszę. Gra nam się podoba. Ale stwierdzamy, że może się szybko znudzić.
Chwytamy Battle Line. To gra, którą znam, ale dawno nie grałem. Z pomocą jednego kolegi zza lady przypominam sobie reguły gry. Okazuje się, że kolega gra nieco inaczej, z udowadnianiem zwycięskich formacji przez karty z ręki. Moim zdaniem profanacja. Ustalamy z Cezarym zasady, na których my będziemy grać. Bez kart specjalnych i z całkowicie zakrytą ręką. Gramy dwie partie, żeby dać Cezaremu możliwość rewanżu.
Potem dołącza do nas Drako spod Warszawy. Bierzemy Lascaux i uczymy się zasad. Gra jest prosta i opiera się na licytacji. Gracze polują na zwierzęta, ale nikt nie wie, kto co sobie upatrzył i jak wiele jest w stanie dać. Na końcu dostaje się punkty, gdy ma się najwięcej zwierząt danego rodzaju. Lubię Lascaux. Pewnie nawet sobie kupię.
Nagle pojawia się Puszon. Siada na chwilę i rozmawiamy o wariancie 2-osobowym w Rice Wars, który rozegrałem jakiś tydzień temu. Moim zdaniem coś tam nie tak. Okazuje się, że gra się mi przyblokowała, bo postawiłem swój pałac jak ostatni sierota, dając się okrążyć przeciwnikowi i graczowi neutralnemu już na starcie. W trzeciej turze już nie miałem po co grać. Proponuję Puszonowi dodanie porady taktycznej dla takich taktycznych miernot jak ja, albo wręcz ustalenie rozstawienia początkowego dla tego wariantu. Puszon się zastanowi. Potem gadamy o Wolsungu. Przegapiłem prezentację prototypu na Polconie. Na pocieszenie oglądam w laptopie Puszona ilustracje wehikułów do tej gry. Robią wrażenie. Odprowadzam Puszona do samochodu, rozmawiamy o pewnym niemieckim wydawnictwie, z którym Kuźnię skontaktowałem i dostaję do recenzji Inwigilację Luksusową.
Wracam do games roomu. Już późno, a ja wciąż nienasycony. Cezary i Drako siedzą przy Ticket to Ride. Zasady tłumaczy im Gambit z Łodzi. Znam Ticket to Ride, ale jak się okazuje, jeden szczegół w zasadach wyobrażam sobie inaczej. Nie robi mi to wielkiej różnicy, bo w Pociągi gram od przypadku do przypadku. Ale jak najbardziej cieszę się, że zostałem sprostowany. Gramy. Idę zachowawczo odrzucając długą trasę i budując trzy małe. Całkowicie durna taktyka. Przyzwyczajenia z gry dwuosobowej. Bo nasze partie w domu bywają agresywne. Próbuję się ratować budując tunel na osiem wagoników na północy. Dzięki temu nie jestem ostatni.
Drako się zmywa na turniej Neuroshimy Hex. Ja biegnę do głównego budynku konwentowego na stoisko Lizardy. Przecież obiecałem. Ale ekipy już tam nie ma. Wracam więc do games roomu. Z Cezarym i jego młodszym bratem siadamy do Blefuj! Dobra gra, sympatyczna, wesoła i... przereklamowana.
Na koniec łapie mnie jeszcze Gambit i decydujemy się na partyjkę Ingeniousa. Kolega zza lady mówi, że w pudełku nie ma polskiej instrukcji, tylko angielska. Grałem w Ingeniousa, jednak tylko na komputerze. Jakoś sobie postanawiamy poradzić z angielskim tekstem. To nie niemiecki, ale jak się nie ma, co się lubi... Wspólnymi siłami ustalamy, jak program komputerowy liczył mi punkty za dokładane płytki itd. Gramy. Gambitowi Ingenious się podoba. I wygrywa partię. Na koniec znajdujemy w pudełku polską instrukcję. Jednak.
Ja się czuję już rozproszony koniecznością dotarcia o czasie na przystanek PKS. W sobotę muszę być na nogach. Do gminy, gdzie pracuję, przyjeżdża delegacja z Niemiec na dożynki i bedę dla nich tłumaczył. Nie siadam już do kolejnej gry. Szykuję się do drogi. Przed wyjściem miga mi jeszcze Krzysiek z Lizardy, wciąż zaabsorbowany chyba tym samym konkursem. Żegnamy się. Lecę przez wyludnione nocą miasto na przystanek. To były przyjemne popołudnie i miły wieczór. Szczególnie jak na Zieloną Górę, gdzie nie ma takiego zorganizowanego środowiska graczy.
* * *
Nie ze wszystkimi zdażyłem się pożegnać. Zresztą nie lubię pożegnań. Dlatego pozdrawiam wszystkich, z którymi udało mi się pogadać i zagrać. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś znów spotkamy.



Menu strony
Seitenmenü


0 Dodaj komentarz / Kommentar schreiben:
Prześlij komentarz