Al: Relacja z Pionka VII

12.06.2008

Moja przygoda z siódmym Pionkiem rozpoczęła się jak zwykle o godz 8.30 w Rybniku. Jak zwykle obiecywałem sobie, że pojadę tam odwalić czarną robotę dzień lub dwa przed imprezą i jak zwykle nic z tego nie wyszło. Jak zwykle byłem pełen optymizmu i niemal pewności, że jestem w stanie przygotować dom* na przyjęcie gości w ciągu godziny i jak zwykle po 60 minutach męski optymizm poklepał mnie po ramieniu mówiąc „Słuchaj stary, przepraszam, ale chyba się pomyliłem” :-(. Odkurzanie, mycie podłogi, ścieranie kurzy i przebieranie pościeli zajmuje facetowi zdecydowanie więcej czasu niż sobie zakłada. Tak więc ostatecznie w Gliwicach wylądowałem o11.30. Półtora godziny straconych gier, pogaduch, fanu (jak zwykle obiecałem sobie, że następnym razem pojadę do Rybnika dzień lub dwa przed imprezą ... ;-) )

No i zaczęło się. Miałem już prawie wejść na salę, a tu zza pleców dobiega mnie odgłos zażartej walki ewidentnie na jakieś pociski. Odwracam się, a tu Tiju naciąga raz za razem kawał gumy i wali z drewnianych pocisków w Pancha. Pancho stara się jak może, ale widzę, że chyba już nie ten wiek ;-) bo pociski Tiju śmigają zdecydowanie szybciej i celniej od jego. Podchodzę, by być świadkiem, jak kobieta bije faceta. Myślę sobie - trzeba bronić honoru mężczyzn, zasiadam więc naprzeciwko Tiju. Niestety nie zdążyłem jeszcze naciągnąć po raz pierwszy swojej gumy (wiem, że w tym miejscu rozpoczną się niewybredne żarty, ale w tej grze wali się właśnie gumą :-)), a było już 1:0 dla niewiasty. Z fascynacją patrzyłem, jak Tiju zdobywa kolejne punkty. To była oczywiście z mojej strony rozgrywka pokazowa pod tytułem „Jak nie należy grać” ;-). Była to najszybsza rozgrywka jakiegokolwiek Pionka – 3:0 dla Tiju no i pogadane.

No to co, trzeba spróbować tej nieznanej, a wybornie zapowiadającej się potrawy pod nazwą Le Passe-Trappe z jakimś człowiekiem, bo na grę z boginiami nie miałem już ochoty. Padło na Pancha, bo po rozgrywce z Tiju wyglądał na gracza równorzędnego. Po chwili gry stwierdziłem, że coś mi to przypomina – drewniane dyski jednego z graczy są jakby szybsze i celniejsze. Tak !! Pancho w roli Tiju, ja w roli Pancho. Dość szybko tracę punkt, pięć dysków wystrzeliwanych po kolei z gumki przymocowanej do drewnianych band na połowie jednego z graczy przelatuje błyskawicznie przez „bramę-dziurę” w drewnianej bandzie rozgraniczającej połowy graczy. Kto pierwszy pozbędzie się wszystkich dysków (czyli i tych, które w trakcie gry wstrzeli nam przeciwnik) ze swojej połowy, zdobywa punkt. Coś takiego udaje mi się w następnej rundzie. Jest !!! Zdobyłem punkt!. Niestety okazało się, że był on moim pierwszym i ostatnim punktem zdobytym w tej grze. Trzeba chyba trochę potrenować. Do takiego wniosku doszedłem kiedy do stołu zasiadł właściciel gry - mały „Wielki” Mateusz (czyli mst junior). Jeśli Tiju była szybka, to on był arcyszybki, a dyski można było zobaczyć dopiero, gdy zatrzymywały się na połowie przeciwnika.



Z ciągle jeszcze pomykającymi dyskami w oczach wszedłem wreszcie na salę. Przywitał mnie serdecznie oddźwierny Goor i zapodał jeden z tysiąca identyfikatorów, wykonanych przez mojego ukochanego wc. Na sali już wrzało (wpisując się na listę byłem już 90 uczestnikiem). Dziesiątki graczy przy dziesiątkach gier, dziesiątki gier czekających na „pomarańczowych” stołach na swoją kolej, Trzewik śmigający pomiędzy stołami niczym dysk wystrzelony przez mst juniora. Czyli jak zwykle – się dzieje! Teraz już tylko poszukać kogoś kto akurat nie gra, jeszcze nie gra lub już nie gra i podłączyć się do czegoś ciekawego. Po chwili spotykam draco i od słowa do słowa rozpoczynamy partyjkę Pandemica. Początek fartowny, długo nie ma epidemii, wydaje się, że mamy grę pod kontrolą i wreszcie będzie mi dane wygrać. Niestety potem schody, zarzewia paskudnych zaraz wykwitają jak grzyby po deszczu. Udaje nam się wyprodukować 2 szczepionki, uwijamy się na planszy jak szaleni, z miasta do miasta, likwidujemy co się da. Bogas dzięki swoim właściwościom transportuje kogoś co i rusz w najbardziej zagrożone rejony. Na nic się to jednak zda – znacznik epidemii spada na „osiem” , świat po raz kolejny przegrał z mikro wrogiem.

Co następne? Obok przemyka Van_Hoover. Jest wolny, jego brat również, a Bogas jest chętny do wytłumaczenia zasad i zagrania w Torresa. No to jest okazja do zapodania na stół mojego świeżo podrasowanego Torresa (wszyscy to zauważyli bo zapach ostatniej warstwy lakieru na figurkach był jeszcze bardzo intensywny). Od lat marzyłem o takim właśnie wydaniu – Rio Grande Games plus warhammerowe figurki. Wreszcie udało mi się zdobyć grę w sensownej cenie i skompletować zestaw figurek. Tak jak przewidywałem - ta abstrakcyjna gra o „zamkach i rycerzach” zdecydowanie zyskuje, jeśli do akcji wchodzą „prawdziwi” rycerze. Sporo ludzi zatrzymywało się, by podziwiać przechadzające się po basztach zamków oddziały rycerzy. Odnotowałem nawet komentarz: „Ależ ta gra podobna jest do Torresa” :-). Zadowolenia z dobrze sprawdzającej się w praniu gry nie przesłonił nawet fakt sromotnej porażki. Wygrał Van_Hoover przekraczając maksymalną liczbę na listwie Kramera. Szacuneczek. W co by tu teraz ...?

Od jednego ze stołów podniosła się wyróżniająco się gabarytowo postać, to musi być Earl we własnej osobie, 2 metry wielkiego Wikinga. Faktycznie to on i ma właśnie zamiar zasiąść do Bootleggersów. Czy się przyłączę, pewnie, że tak. Przed Pionkiem obiecałem sobie, że nie zasiądę do gry o czasie rozgrywki powyżej godzinki i pół. A tu przyjąłem zaproszenie do czegoś co zapowiadało się na znacznie dłuższe. Początkowo nie było zbyt wesoło, zagrywane karty okazywały się być zawsze niższe od kart współgraczy (nawet te najwyższe jakie miałem w ręce), kostki jak to kostki w moim przypadku, zawsze nie to co jest potrzebne (spytajcie wc ;-) ), w knajpce, do której rościłem pretensje zapchane na maksa. Dopiero zagranie Earla i przeniesienie swoich 3 „goryli” z „mojej” (od tej chwili) knajpy do tej największej na planszy dodało mi spore fundusze. Gra nie trwała oczywiście (jak zapowiadał Earl) chwil kilka i zakończyliśmy po 8 rundzie. Earl dzięki taktyce opartej na wieeelkiej knajpie zarobił 150 kawałków, ja z moimi 90 byłem chyba drugi.


Gdzieś w międzyczasie tłumaczyłem jeszcze zasady w Jamaice. Żałuję, że nie brałem udziału w rozgrywce, bo Bazik zastosował ponoć jakąś innowacyjną taktykę „prowiantową” :-).

Potem spotkałem i wreszcie poznałem osobiście Klosa. On to właśnie otwarł mi oczy na miodność Last Night on Earth. Po pierwsze w grze znajdziemy przepięknie wykonane (jak na plastik) figurki, po drugie gra jest grą kooperacyjną, czyli można się jeszcze lepiej zintegrować z poznanymi właśnie ludźmi – no chyba, że jest się zombim jak Klos to integracja postaci wygląda diametralnie inaczej (bo rozpoczyna się przewodem pokarmowym) ;-) Gra bardzo fajna z bardzo fajnymi gadżetami (jak na przykład kanister benzyny ;-) ) Początkowo wydawało się, że zombi raz dwa opanują centralny budynek, ale z czasem spotkały na swej drodze paru śmiałków. Jeden, a zwano go Pędrak, był szczególnie śmiały i bezczelny, uporał się ze sporą liczbą gryzących szkodników. Niestety dwukrotnie przypłacił to życiem. Później jednak świetnie zadziałała rozlana przeze mnie benzynka, Cezner walczył gdzie i z kim popadło (i przeżył!), jedna z postaci wpadła w bitewny szał i rozwaliła w jednym ciągu 4 lub 5 zombii . W pewnym momencie dobiegł mnie głos z zaświatów „Jaka gra, zdobyła w 2000 roku nagrodę Spiel des Jahres? A jako, że byłem właśnie świeżo po partyjce Torresa, to odpowiedziałem głośno. Kto to powiedział ?! - doszło z zaświatów. I wtedy wiedziałem już, że to po prostu kolejny z punktów programu czyli turniej „Trzewika und Folko und Freunde” Wpadłem w panikę, bo nie wiedziałem czy przypadkiem nie było to pytanie skierowane do jednego z uczestników, a ja w swojej naiwności i nieuwadze popsułem je. Natarczywy głos z zaświatów nie dawał jednak za wygraną, więc co było robić, przyznałem się do winy i ... wygrałem nagrodę dla widzów – talię Banga :-) W bardzo dobrym nastroju zakończyłem/liśmy partyjkę nie dając szans „nibymartwym”. Gra okazała się bardzo fajna - super zabawa w super ekipie. Timing też doskonały – grę skończyliśmy o 19.55.

Szybkie pakowanie i wyjazd do Rybnika. Część ekipy udała się do knajpy, część pojechała bezpośrednio do mnie. Tu relacja będzie krótka – bo przecież tematem przewodnim jest Pionek.

Na stołach i stolikach zagościły Kingsburg, gra uika w klimatach Las Vegas, Bucaneer, Through the Ages, Stone Age, Giganten der Lüfte, przezabawna party game poprowadzona koncertowo przez Yatzka, Dampfross z pisakami(?), i trwająca do 5.30 partyjka Tichu. Powiem tylko, że w kulminacyjnym momencie było nas 23, a grano dosłownie wszędzie – na stole, pod stołem i w kuchni ;-).


Pobudka o 8 rano, szybkie pakowanko i część ekipy pojechała na śniadanie do Maka.

Drugi dzień w Gliwicach rozpoczął się prawie punktualnie o 10.00.

Było jakby spokojniej, bez trudu udało mi się spotkać mst, z którym byłem umówiony na 2 gry. Rozpoczynamy więc od pierwszej z nich, niepochlebnie przyjętej przez sporo osób Utopii.

Mst tłumaczy zasady i ... nagle jest gdzieś wzywany. Co robić, priorytet to priorytet. Jako, że jednym z graczy w Utopię był uiek, prędko wyciąga z rękawa ;-) szybką i ponoć pasjonującą grę „Król Syjamu”. Po chwili wiem już, że w grze nie tyle będę musiał walczyć z graczami (i to też tylko z dwoma, bo trzeci jest ponoć ze mną ;-)) co z sobą samym przekonując samego siebie, że frakcja na którą postawiłem, niekoniecznie jest frakcją, która ma wygrać, i że w trakcie gry mogę przejść na stronę frakcji do tej pory wrogiej i to wszystko kilkukrotnie :-/ O jak ja lubię, gdy ktoś na początku gry twierdzi „ty grasz niebieskimi” :-) Mniej więcej w połowie gry zorientowałem się, o co chodzi, ale dopiero pod koniec wiedziałem, co zrobiłem źle, i że praktycznie jest już posprzątane. Ale gra ciekawa, nie skreślałbym jej definitywnie.

Ni stąd ni z owąt pojawia się mst i możemy przystąpić do Utopii. Od razu widzę, że mst będzie udowadniał tezę, że wybudowanie „Cudu” nie jest warunkiem koniecznym do wygrania w tej grze. I faktycznie, gdy my z uporem maniaka staramy się uzbierać 5 przedstawicieli różnych cywilizacji, mst buduje już drugi monument. Każdy z nas otrzymuje wprawdzie 6 punktów za „Cud” i później punkty za dzielnice, ale równomierne rozłożenie większej od innych liczby monumentów przynosi na dłuższą metę zdecydowanie większe korzyści. Mst rozwala nas dosłownie odskakując o kilkanaście punktów, różnice między 3 a 5 graczem są jednopunktowe. Gra po raz kolejny udowadnia, że „daje radę” :-).


No a jeśli jesteśmy już razem to przystępujemy do kolejnej wspólnej umówionej gry – Mezopotamii. Zasady ma tłumaczyć Pancho, ale widzę, że stoi w sporej grupie najwyraźniej przygotowanej do wyjścia. Podchodzę i ... zostaję wciągnięty do ekipy walczącej w Cash & Guns Live. Schodzimy do sali gimnastycznej, prowadzący zabawę uiek tłumaczy różnice pomiędzy klasyczną wersją a tą. Jestem w gangu Pancho i Mirasa, naradzamy się, omawiamy taktykę, i dostajemy do ręki 3 karty – słaby pistolet, nóż i ... opatrunek z plastra :-) . Czyli raczej tylko siła blefu. Krążymy po sali, ja z plastrem w dłoni naprzeciwko obrzynów, magnum i takiego tam sprzętu. Nie jest dobrze. Po gwizdku okazuje się, że ktoś celuje mi w plecy, ktoś mierzy w bebechy a jeszcze kto inny przyłożył mi spluwę do głowy :-/. Nie ma co zgrywać twardego, lepiej być miętkim a żywym, zmykam do tchórzy. Miras i Pancho mieli więcej szczęścia, więc do podziału łupów idzie 2 naszych. Na miejscu okazuje się, że kasa jest niepodzielna i przechodzi do następnej rundy. Kolejne rundy to na przemian blefowanie, doganianie i likwidowanie przeciwników i niestety łapanie się za serce (bynajmniej nie z powodu nadciśnienia ;-) ). Chłodna kalkulacja, pewne ręce i stalowe nerwy (no i mały szantaż ;-) ) pozwoliły wzbogacić się naszemu gangowi do tego stopnia, że pewnie stanął na najwyższym stopniu podium.

Po powrocie odłożona partyjka Mezopotamii. Pancho tłumaczy zasady i znika. Fakt, że mieliśmy instrukcję nie ustrzegł nas od pomyłki i zagrania niezgodnie z regułami (aczkolwiek skrócił w pewnym stopniu czas rozgrywki, co można w razie niedoboru czasu wprowadzić jako swego rodzaju home rules ;-) ) Gra bardzo fajna, świetnie zaprojektowana, bardzo ciekawy sposób na powstawanie planszy z hexów w postaci elementów puzzli. Kilka fajnych pomysłów – przenoszenie towarów na „głowach” swoich pionów, budowanie miejsc kultu, przyrost duchowej many potrzebnej do oddania czci bóstwu w zikkuracie. Kolejne zwycięstwo mst.


W międzyczasie na scenie nagradzano zwycięzców poszczególnych konkursów – T&F&Freunde, Pitchcar, Carrom, Neuroshima Hex, gry logiczne i Cash&Guns. Były też jak zwykle nagrody dla publiczności. W zasadzie każdy kto przybył na Pionka coś tam dostał w prezencie ;-).

Na zakończenie wytłumaczyłem zasady (choć Yatzek twierdzi, że było inaczej ;-) ) Animalii. Wreszcie zasiadłem do stołu z wc (no nic odbijemy to sobie na kolejnym prywatnym Pionku w Nowej Rudzie lub Gorzycach). Z braku czasu zagraliśmy tylko 2 rundy i wszyscy zgodnie przyznali, że gra jest ... śliczna :-)

Potem jeszcze zaliczenie niezliczonej liczby „niedźwiedzi” i do ... Rybnika aby posprzątać po burzy.

Ludziska kochani, dziękuję Wam wszystkim za wszystko, za cudowne 2 dni spędzone w atmosferze planszówkowej nirwany. Już z niecierpliwością odliczam dni do kolejnego Pionka.

------------------------------------------------------
Przypisy:
* dom - czyt. miejsce imprezowe, do którego zaglądam raz, dwa razy w miesiącu.

1 Dodaj komentarz / Kommentar schreiben:

edrache pisze...

bardzo fajna relacja, gratuluję :)

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails