(tekst i zdjęcia nadesłali: Joanna i Paweł Chudzianowie)
Triles wpadły nam w ręce tuż przed wyjazdem do Francji. Przeczytaliśmy instrukcje na www.pionek.net i stwierdziliśmy, że zabieramy grę ze sobą. Wydawała się poręczna i miała niezłe komentarze. A nuż znajdzie się chwilka na partyjkę, a gigantycznego wydania Backgammona i Osadników (naszych ulubieńców) nie będziemy przecież targać.
W związku z tym, że mamy hopla na punkcie fajnie wydanych gier, postanowiliśmy dać Triles szansę i wydrukowaliśmy żetony na kolorowym laserze, zafoliowaliśmy, a Asia zrobiła na nie nawet lniany woreczek - oczywiście z ręcznie namalowanym „logo” i nazwą.

Pierwsza okazja do rozgrywki nadarzyła się już na lotnisku w Brukseli, gdzie wylądowaliśmy przypadkowo z powodu mgły w Paryżu. Oczekiwanie na autokary spędziliśmy rozkminiając zasady i rozgrywając pierwsze kilka rozgrywek. Gra od razu skojarzyła nam się z domino, ale jakaś taka ciekawsza i więcej możliwych strategii. Asia na początku, korzystając z wykonania klina, oddawała klocki z zakończeniami przeciwnika, żeby miał trudności w dołożeniu ich na stół. Dopiero potem się okazało, że to ona ma problem z pozbyciem się kafelków ze swoimi zakończeniami.
Pierwsze próby dały nam sporo do myślenia i po tygodniu, w Paryżu, kiedy na lotnisku znów okazało się, że jest opóźnienie, w Triles rąbaliśmy już jak zawodowcy. W sumie to za drugim razem, gierka ratowała sytuację – nudne oczekiwanie na kolejne komunikaty o opóźnieniach zastąpiły nam ciekawe rozgrywki i nowe znajomości. Ludzie pytali co to za gra, chwalili, że poręczna, pytali, gdzie kupić, chcieli zagrać… Na wielką nudę lotniskową była niczym marzenie dla połowy oczekujących.

Gierka generalnie godna polecenia. Oczywiście warto zrobić sobie porządne, grubsze kafelki i pudełko z prawdziwego zdarzenia. Gra się sympatycznie, krótko (w pół godziny można rozegrać grę z rewanżem), a na finiszu emocje sięgają zenitu.
W marcu wybieramy się ze znajomymi do Berlina, Triles na pewno pojadą z nami, ale chyba dorobimy sobie drugi egzemplarz gry, bo coś czuję, że tym razem, to go nie upilnujemy i ktoś go sobie „pożyczy”.
Triles na BGG
W związku z tym, że mamy hopla na punkcie fajnie wydanych gier, postanowiliśmy dać Triles szansę i wydrukowaliśmy żetony na kolorowym laserze, zafoliowaliśmy, a Asia zrobiła na nie nawet lniany woreczek - oczywiście z ręcznie namalowanym „logo” i nazwą.
Pierwsza okazja do rozgrywki nadarzyła się już na lotnisku w Brukseli, gdzie wylądowaliśmy przypadkowo z powodu mgły w Paryżu. Oczekiwanie na autokary spędziliśmy rozkminiając zasady i rozgrywając pierwsze kilka rozgrywek. Gra od razu skojarzyła nam się z domino, ale jakaś taka ciekawsza i więcej możliwych strategii. Asia na początku, korzystając z wykonania klina, oddawała klocki z zakończeniami przeciwnika, żeby miał trudności w dołożeniu ich na stół. Dopiero potem się okazało, że to ona ma problem z pozbyciem się kafelków ze swoimi zakończeniami.
Pierwsze próby dały nam sporo do myślenia i po tygodniu, w Paryżu, kiedy na lotnisku znów okazało się, że jest opóźnienie, w Triles rąbaliśmy już jak zawodowcy. W sumie to za drugim razem, gierka ratowała sytuację – nudne oczekiwanie na kolejne komunikaty o opóźnieniach zastąpiły nam ciekawe rozgrywki i nowe znajomości. Ludzie pytali co to za gra, chwalili, że poręczna, pytali, gdzie kupić, chcieli zagrać… Na wielką nudę lotniskową była niczym marzenie dla połowy oczekujących.
Gierka generalnie godna polecenia. Oczywiście warto zrobić sobie porządne, grubsze kafelki i pudełko z prawdziwego zdarzenia. Gra się sympatycznie, krótko (w pół godziny można rozegrać grę z rewanżem), a na finiszu emocje sięgają zenitu.
W marcu wybieramy się ze znajomymi do Berlina, Triles na pewno pojadą z nami, ale chyba dorobimy sobie drugi egzemplarz gry, bo coś czuję, że tym razem, to go nie upilnujemy i ktoś go sobie „pożyczy”.
Triles na BGG



Menu strony
Seitenmenü


0 Dodaj komentarz / Kommentar schreiben:
Prześlij komentarz