
Pionkowe re(we)lacje i popionkowe entuzjazmy tego sezonu okazały się wyjątkowo sugestywne. Sam na jubileuszowym Pionku z różnych względów nie byłem - choć się poważnie zastanawiałem nad taką wycieczką. Na pocieszenie mojej niepocieszonej nieobecności na konwencie śledzę z zainteresowaniem wątek na forum gry-planszowe.pl i tam właśnie znalazłem tekst, który przytaczam poniżej.
Relacje relacjami - te każdy wie są różne, niektóre przemawiają do nas bardziej inne mniej. Relacja Klemy ciekawa jest z dwóch względów: przez warstwę językową, czyli pełny spontan, do czego nie każdy jednak talent ma (na pewno nie ja) i szczególnie dla mnie przez wątek, który uparcie się przewija cienką niteczką przez ten tekst. Co to za wątek? Już tłumaczę.
Klemę poznałem (na razie wirtualnie) przy okazji tłumaczenia instrukcji do Agricoli. Al mnie zaprosił do pomocy, a jakoś Alowi trudno odmówić - no i tak jakoś poszło. Przy czym od razu powiem, większość roboty odwalił Klema - i to on jest bohaterem owego wątku. Trzeba uważnie czytać relację Klemy, bo to jest nie tylko relacja z Pionka, to też podsumowania godzin trudu, o których nawet się nie pamięta sięgając po polskojęzyczną instrukcję do naszej zabawki. Są ludzie, którzy gry traktują jak obiekt konsumpcji; są tacy, dla których to precjoza, skarbenki; inni - z niektórymi przynajmniej grami - związani są w szczególny sposób. Widzą w nich część siebie. Nawet jeśli to jest tylko jakaś tam zwykła instrukcja.
* * *
Wystarczy tych refleksji. Czas na obszernie zapowiadane arcydzieło. Jeszcze tylko krótkie wprowadzenie osób dramatu i zapraszam do lektury.:
Osoby:
Klema - główny bohater, autor relacji
Al - psiapsiel głównego pohatera
WC- tyż psiapsiel tegoż
Tymek - syn tegoż, o którym mowa - czytaj głównego bohatera, czytaj autora relacji
Agatka - psiapsiółka lub koleżanka Tymka, kto ich tam wie
Cezner - tajemniczy dla mnie jegomość
Aswiech - gracz, nawet zapalony, domniemany autor bloga Planshow
Nataniel - ten co jest wysoki i chudy, dowiedzione powiązania ze sklepem Rebel.pl
Bazik - go guru
Trzewik - organizator, czyli ten któremu ręce opadły (ze zmęczenia)
Uiek - szara eminencja planszówkowego zachwytu
"pomarańczowi" - ekipa funkcyjna powołana przez organizatorów, eksperci od reguł itepe
KAWA - uosobienie tęsknot głównego bohatera, dziwnym trafem pojawia się pod koniec akcji
Czas i miejsce akcji:
8, 9 grudnia, Konwent Pionek, Gliwice, Młodzieżowy Dom Kultury, ul. Barlickiego 3
(tak boleśnie dokładnie, żeby nikt nie pomyślał, że to fikcja)
* * *
Relacja Klemy
Naaaareszcie Pionek! Jak bardzo na niego czekałem! Miałem już dość pracy, której pod koniec roku jest u mnie najwięcej. Miałem już dość trzech tygodni zmagania się z instrukcją do Agricoli Chciałem znów zanurzyć się w tej rewelacyjnej atmosferze tworzonej przez dziesiątki maniaków zjeżdżających się z całej Polski (...)
Dzień 1
(...) Późnym wieczorem w piątek byłem już w Tarnowskich Górach. Parę godzin snu, Tymek – mój syn i jego koleżanka Agata na pokład i w drogę. Raaany, ale masa ludzi, nie ma miejsca na parkingu (Folko podjechał i nie miał gdzie zaparkować). Ups, to tylko turniej tańca i jakieś lekcje w szkole, ale w auli też już sporo pionkowiczów.
O! Jest Cezner, więcej Opolan z naszej paczki nie przybyło (niech żałują!). WC - misiaczki - nie widzieliśmy się od 3 miesięcy, Nataniel (raaany, jaki on wysoki i chudy! - nie widzieliśmy się nigdy) - Agricola na stole, aha, to tak wygląda przekleństwo moich ostatnich dni... ale jeszcze nie teraz...
Folko i WC wzywają, więc czas na pierwszą partyjkę: Cafe International, ok, wszystko ok, tylko ta wata w głowie po nieprzespanych nocach, a kawy jeszcze nie piłem. Przede mną jakiś sympatyczny facet: to Bazik, ten Bazik, go guru , cześć Bazik, to ty! (znamy się, tylko nie z widzenia). Zaczęliśmy układać te kartoniki, losowo na maksa, zasady ledwo wysłuchane (przyjechała moja koleżanka z pracy z córką i córki koleżanką, posadziłem ją z Tymkiem i Agatą, doprowadziłem "pomarańczowego"; - spisał się na medal, grają), a tu Cafe i internationalne chinki, japonki i inne indywidua. Bazik, chyba widząc, że coś ze mną nie tak, pomógł dwa razy i już był koniec, wygrałem, choć nie wiem w jaki sposób
Jest Al! Spędziliśmy ostatnio masę czasu razem, gadugadając do późnej nocy. Cześć Al! Misiaczki! O! Bazik wyciąga Agricolę, pewnie, że chcę (nie, wcale nie chcę) no dobra, niech będzie...
Teraz dygresja: to była najtrudniejsza instrukcja do tłumaczenia z jaką się spotkałem, setki nazw, które muszą się wszędzie zgadzać - w instrukcji, na kartach, na planszach. Tłumaczyliśmy we trzech, Al i Marcin z oryginału, a ja z wersji angielskiej, jasna cholera - żaden z nas nie widział tej gry na oczy, a musieliśmy być precyzyjni do bólu. Nie było czasu na wcześniejszą koordynację, każdy tłumaczył sobie, a ja potem zbierałem to do kupy i unifikowałem terminologię. Poprawienie w jednym miejscu wiązało się z poprawieniem pozostałych składowych, co za robota! Koniec dygresji.
A teraz to leży przede mną i NAPRAWDĘ nie wiem jak się w toto gra. Kompletna pustka, a kawy dalej się nie napiłem. Bazik tłumaczy zasady Coo? Jaka marchewka? Przecież tam nie było żadnej marchewki, Nataniel! Daj polską instrukcję! No nie ma marchewki, są warzywa, aha pomarańczowe warzywa, znaczy się marchewka... itd.
Podczytywałem stale to, co przetłumaczyliśmy, sprawdzając, czy się zgadza. No pięknie: nasza "Sztuka użytkowa" to po prostu scena z wędrownymi grajkami, trzeba było uwierzyć w angielskie "Traveling players" a nie starać się wymyślać coś na "Kleinkunst". Nie, nie będę tego zmieniał, musicie to przeżyć
Ale Agricola, to jest to, co Krzysie lubią najbardziej, tak, megagra, w której jest po prostu wszystko, co cenię w grach. Uważam, że powinna zdetronizować Puerto Rico.
No i tak to właśnie, zachwycając się mechaniką (...) i sprawdzając stale, co jeszcze zrobiliśmy źle, a co dobrze... przegrałem z kretesem moją pierwszą partię w moją chyba na dłuższy czas ulubioną grę (paczuszka przyjedzie w przyszłym tygodniu). Jeszcze ze 200 kart do przetłumaczenia i w zasadzie będzie polska wersja . Grajcie, bo warto! Ok, dalej... Tymek gra, przy nich "pomarańczowy", więc wszystko dobrze (...).
Dałem się pokopać prądem, nigdy więcej! Al wyciąga metalowe pudełko z kostkami i czarownicami (Al, jak się to nazywa?), a na kawę, tradycyjnie dostępną, dalej nie miałem czasu. Masakra, kosteczki, karty... Wojtek jeszcze nie! nie zakrywaj! toż nie zdążyłem... super zabawa! Czarownica Wojtka dotarła do końca Koniec.
Co? Następna gra? Kurcze, kolorowe kropki na kartach mnożą mi się przed oczami, a tu szybciej i szybciej... a niech to znów już koniec. Teraz robale, kostki i robale, śmieszne, głupie, tak... Tylko dlaczego ten czas tak szybko płynie? Trzeba zawieźć dzieci do domu. Na szczęście droga do Tarnowskich już wyremontowana, pół godzinki, obiad i z powrotem.
Dopiero teraz KAWA! Nareszcie. Chwila spokoju na pogadanie, pooglądanie... i dalej: Notre Dame, chciałem już dawno, zagrałem, przegrałem (brawo Al!), spodobało mi się (przyjedzie w paczce za tydzień).
Potem już na luzie, popatrzyłem jak inni grają, miałem dość, to był intensywny dzień. Powoli sobotnie granie się kończyło, ramiona Trzewika tradycyjnie opadały powoli ze zmęczenia, zupełnie opadły (razem z całym Ignacym) dopiero następnego dnia wieczorem, kiedy biedak z trudem podnosił się z krzesła. Teraz tylko przepakowanie skarbów z Alowego bagażnika... Nie, przepraszam, do knajpy nie mogę, rodzina czeka. Tak, wiem, że będzie fajnie, ale naprawdę nie mogę... po prostu muszę wrócić. (...)
Wróciłem, Tymek czekał ze swoją ulubioną Neuroshimą (teraz w nowej, ładnej wersji) i oczywiście rozgromił mnie jak zwykle zresztą... Spać.
Dzień 2
Pobudka, czas na Pionka, dzień drugi. Tym razem okazał się spokojniejszy. Tymek tym razem został w domu, żeby nadrobić zabawowe zaległości z Agatą (na grach w końcu świat się nie kończy), a ja w drogę.
Już wszyscy czekali, trochę pogadaliśmy (o kawie tym razem nie zapomniałem) i do boju: Cuba. Kto to mówił, że to pomieszanie Puerto Rico i Filarów ziemi? WC - mistrz tłumaczenia zasad, szalony Al, spokojny Aswiech ("Cicho siedział tylko Klema, który okazał się bardzo sympatycznym facetem" - dziękuję bardzo ) Znakomite, spokojne granie, tak lubię (...). To nic, że graliśmy ze trzy godziny (przerwy na kawę i turnieje), warto było!
Potem było coś jeszcze, czego nie pamiętam (latka robią swoje). Pamiętam za to pizzę, którą szamaliśmy z Alem i Ceznerem, pamiętam masę radosnych ludzi, których znam tylko z nicków, pamiętam konkurs, w którym zatrudniłem się jako hostessa rozdająca punkty (pomysł z wcześniejszym zebraniem pytań dla Uika należy zdecydowanie wprowadzić w życie), pamiętam partyjkę w Queen's Necklace i Filou, i pamiętam, że to wszystko niestety się skończyło.
Dla mnie Pionek to święto, a właściwie Święto i to tyle.
Pozdrawiam i dziękuję. Do zobaczenia.