Wieczór u Efffki Marchewki

16.06.2007

Udało się wreszcie zorganizować wieczór przy grach u Ewki. Było nas 5. Ewka, Asia, Ania, Marek i ja też tam byłem, grałem, pifffko piłem, słowem pełny relax.

Najpierw wylądował na stole MAD. Marek się przyglądał, dziewczyny się odważyły (na szczęście), mimo że gra jest w całości po niemiecku. Ale od czego mają mnie - więc ja tłumaczyłem treści na polach i kartach i wszystko szło gładziutko. Nawet udało mi się wygrać i pierwszy pozbyłem się wszystkich pieniędzy - mam talent, to chyba tłumaczy ustawiczny debet na moim koncie. Na moją wygraną dziewuszki oczywiście, że pewnie oszukiwałem, bo skąd one mają wiedzieć, czy wszystko im przetłumaczyłem tak, jak tam było napisane. No cóż - dobrze, że to tylko tak żartem mówiły... Zresztą ja nie oszukiwałem naprawdę, jak bum cyk cyk ;-)

Potem wydobyłem Wyścigi psów - Adama Folko, które ostatnio zmajsterkowałem i tylko czekałem, żeby móc z kimś zagrać. Zaczęło się nawet całkiem, całkiem - choć zasady troszeczkę inne niż w chińczyku, więc dziewczynom trochę zajęło czasu zanim zaskoczyły (No dobra nie będę taki - przyznaję się - ja sam czytałem te zasady gry chyba z 10 razy wcześniej ;-). Potem ruszył wyścig. Psiak Ani wysunął się na prowadzenie, i już można było myśleć, ze dobiegnie mety z tym szelmowskim uśmiechem na tej słodkiej buźce (Ani - nie psiaka), ale tak jakoś wyszłoooo, że mój psiak trochę tak jakby niechcący (i kto w to uwierzy) pogryzł pieska Ani i przestawił go na boczne pole, a potem szu, szu, szu do mety. Znowu wygrałem - ale tym razem już konkretnie na prośbę dziewczyn, żeby szybciej - Asia i Ewka, chyba nie przepadają za wyścigówkami, co?

A może nie tak do końca? Przy Marco Polo (a to tez wyścigówka) grało nam się jakoś składniej - choć może źle zrobiliśmy, że tylko raz? Szkoda, ale Asia musiała jechać dada i tak się jakoś klimat rozmył. Zresztą ja nie lubię grać w Marco Polo jak gra Marek - on ma chyba jakiś system, bo zawsze w to wygrywa.

Wieczór zakończyliśmy kilkoma partiami Knatscha - Ewka bardzo go lubi, Ania chyba też - zresztą zbierała niezłe karty i wygrała pierwszą partię - farciarza - ma szczęście do kości (Ania wysyłaj totolotka). Opłaciło się widać posiedzieć kilka wieczorów i polepić gierkę.

Cały wieczór zaliczam do udanych. Gdyby to tylko nie była okolica końca roku szkolnego i akurat wieczór po radzie pedagogicznej, bo jakoś dziwnie wcześnie poczułem melancholię za moim wyrkiem.

1 Dodaj komentarz / Kommentar schreiben:

aniuta pisze...

wiec... wieczor byl faktycznie udany mimo, ze dokuczalam marcinkowi. kotku tak naprawde nie jestes futrzakiem hehe. mam nadzieje, ze nastepnym razem I'll kick your sweet ass;-)

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails